Królewskie Miasto Delikatnego Obrazu Buddy

8 luty 2013 (piątek)

Luang Prabang (Laos)

Luang Prabang, dosłownie tłumacząc „Królewskie Miasto Delikatnego Obrazu Buddy”, zgodnie z legendą powstało w miejscu, w którym odpoczywał sam Budda podczas swojej podróży po Azji Południowo-Wschodniej. Miał on spocząć na brzegu Mekongu i uśmiechając się przepowiedzieć, że w przyszłości powstanie tu bogata i potężna stolica państwa.

Energia Buddy jest w każdym zakamarku tego miasta. Luang Prabang liczy obecnie blisko 32 świątyń buddyjskich. W szczytowym okresie swej świetności, znajdowało się tu ich aż dwa razy tyle. Ulice pełne są mnichów w różnym wieku ubranych w jaskrawo pomarańczowe szaty, wyposażonych w miskę żebraczą na jałmużnę i parasol. Tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. Mnisi utrzymują się z ofiar, jakie otrzymują od mieszkańców.

Jest piąta czterdzieści. Zaspani zakładamy na siebie cieplejsze ubrania, aby w komforcie niższych, wcześnoporannych temperatur przyjrzeć się z bliska codziennej ceremonii składania mnichom darów tzw. Tak Bat. Według tradycji rytuał rozpoczyna się wtedy, gdy na wnętrzu własnej dłoni można już dojrzeć linie papilarne. Zaczyna świtać. To sygnał, że czas ruszać. Dochodzimy do głównej ulicy miasta, na której ma się odbyć ceremonia. Z różnych stron schodzą się mieszkańcy, głównie kobiety rozkładając w jednej linii na chodniku maty i przeniesione ze sobą dary schowane w ratanowych pojemnikach. By ofiarować ryż religijni mieszkańcy Luang Prabang codziennie, dużo wcześniej rano, sami go przyrządzają, bowiem cała ceremonia i intencje, jakie mu towarzyszą mają dla nich wielkie znaczenie. Tyle samo co mieszkańcu widać turytów. Większość z aparatami czeka w gotowości, nieliczni wstępują w szeregi mieszkańców, aby wziąć w ceremonii czynny udział. Z daleka nadchodzi korowód mnichów. Łącznie przechodzi ich tu około kilkudziesięciu. Są w różnym wieku, nawet i kilkuletni chłopcy. Jeden po drugim otwierają swoje miski, aby przyjąć ofiarę, najczęściej z postaci ryżu. Niestety ceremonia, która powinna odbywać się w ciszy i spokoju jest zagłuszana przez krzątających się turystów z aparatami fotograficznymi. Obcokrajowcy, którzy postanowili przyłączyć się czynnie do ceremonii, wrzucają w mnisie miski jedzenie zapakowane w foliowe woreczki, które ląduje na ugotowanym przez mieszkańców jedzeniu podanym luźno łyżką do miski.  Turyści składają dary  niezdarnie i bez wewnętrznego przekonania, traktując obrzęd bardziej w kategoriach turystycznej atrakcji niż wewnętrznej potrzeby. Wygląda to niczym gwałt na ceremonii. Jakieś 10 metrów dalej, przy drodze siedzą dwaj chłopcy z wiaderkami. Mnisi dzielą się z nimi swoimi darami, wrzucając do ich misek cześć otrzymanego pożywienia. Z okazji korzysta także pies, który w dowód podziękowania za pokarm merda żywiołowo ogonem. Mnisi odchodzą. Wyglądają na speszonych.

Część darów sami mnisi przekazują najuboższym, takim, jakim jak ci dawaj chłopcy. Wzajemne obdarowywanie się sprawia, że pożywanie nie marnuje się, a pokarm trafia do najbardziej potrzebujących. Idea dzielenia się, znana także w innych religiach, zapewnia zysk dającemu i obdarowywanemu. Darczyńcy zapewniają sobie dobrą karmę. Otrzymujący unikają uczucia zawstydzenia i poniżenia, jakie towarzyszyłoby im, gdyby musieli żebrać.

W wielu miejscach miasta, w tym w świątyniach rozpisano zasady czynnego i biernego uczestnictwa w porannej ceremonii. Zgodnie z nimi podczas ceremonii należy pamiętać o:

  • zachowaniu ciszy;
  • uczestniczeniu w składaniu darów tylko wtedy, jeżeli naprawdę ma to znaczenie, dla osoby biorącej udział oraz osoba to posiada wiedzę o tym,  jak należy się zachować;
  • zachowaniu odpowiedniej odległości od mnichów i osób składających ofiarę w sytuacji, gdy tylko obserwujesz ceremonię. Jeżeli osoba jest w stanie dotknąć mnicha, oznacza to, że już jest za blisko. Nie wolno stawać na drodze mnichom ani ustawiać się pomiędzy osobami składającymi ofiary;
  • fotografowaniu mnichów z odpowiedniej odległości i bez lampy błyskowej;
  • braku kontaktu fizyczny z mnichami. Jest to surowo zakazane!
  • odpowiednim ubiorze: ramiona, klatka piersiowa oraz nogi powinny być zakryte;
  • nie kupowaniu ofiarnego ryżu od sprzedawców czekających na ulicy, którą przechodzą mnisi. Zamiast tego warto kup go przed ceremonią od lokalnych sprzedawców na porannym bazarze. Uliczni sprzedawcy bowiem nie zawsze troszczą się o jego jakość sprzedając turystom dawno już nieświeży produkt. A mnich nie może odmówić przyjęcia daru.
  • nie przyglądaniu się ceremonii zza okien autokaru – w ten sposób osoba znajduje się ponad mnichami, co w Laosie oznacza brak szacunku oraz jest dla nich obraźliwe;
  • chcąc uczestniczyć w ceremonii poprzez składanie darów, należy pamiętać o tym, że mężczyzna stoi. Głowa kobiety nie może być wyżej niż głowa mnicha. Oznacza to, że kobieta powinna  klęczeć lub jeżeli stan zdrowia na to nie pozwala, siedzieć na małym taborecie.

Przez resztę dnia krzątamy się uliczkach zielonego Luang Prabang, przemierzając otaczający go Mekong bambusowymi mostami, za przejście którymi tubylcy żądają opłaty. Sytuacja dziwna, ale pilnująca mostu kobieta nie daje za wygraną. Dopiero zjedzona na obiad najpyszniejsza na świecie ugrillowana ryba z Mekongu, rekompensuje nieprzyjemny zgrzyt z dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *