I’m back!!!

2 luty 2013 (sobota)

Ho Chi Minh (Wietnam)

Drzwi terminalu lotniskowego otworzyły się na zewnątrz i znów to poczułam. Niezwykle ciepłe, aczkolwiek lekko wilgotne powietrze otuliło moją skórę. Uliczny gwar silników i klaksonów nieopodal przejeżdżających samochodów i skuterów przyjemnie kuł w uszy. „Wróciłam” – pomyślałam,  a na ustach pojawił się bardzo szeroki uśmiech. Wróciłam do domu. Obudziły się we mnie wszystkie te piękne wspomnienia z poprzedniej podróży i wielkie podekscytowanie na myśl o nowych przygodach. Spoglądam na Artura, aby opowiedzieć o swoich odczuciach. Już rozchylam usta, gdy na jego twarzy dostrzegam lustrze odbicie mnie samej. Też jest w domu.

Dojeżdżamy do naszego hostelu. Jest ok. 11.00 przedpołudniem czasu tutejszego. Przez zmianę czasu i lot czuję się tak,  jakbym miała dobę w plecy.  Padamy na łóżko. Sen przychodzi niespodziewanie szybko…

Po kilkugodzinnej drzemce ruszamy w  miasto. Dookoła widać mnóstwo turystów i Wietnamczyków.  „Muszą się czymś różnić od Chińczyków” myślę. Dotychczas wszyscy Azjaci wyglądali dla mnie tak samo, ale chyba zaczynam dostrzegać specyficzne aspekty ich fizjonomii. Tutejsi mieszkańcy mają bardziej żółty odcień skóry, smuklejsze twarze i bardziej wyraziste rysy. Są drobniejsi, szczuplejsi, ale podobni niskim wzrostem. No i jest ich mniej, zaledwie 90 mln 😉 . Z refleksji wyrywa mnie konieczność przejścia przez jezdnię. Okazuje się być to większym wyzwaniem niż w Chinach. Ulice Sajgonu pełne kłębów kabli elektrycznych to także ciąg nieustannie jadących samochodów. Aby przejść na drugą stronę jezdni piesi wymuszają hamowanie pojazdów lub sprawnie slalomem omijających kolejne auta. Niepewnie podejmujemy wyzwanie i udaje się. Z daleka widzę około 2 letnie dziecko, które bawi się na skraju chodnika, tuż przy samej ulicy, przy której przed chwilą walczyłam z Arturem o życie. Od czasu do czasu przeskakuje na drogę. Już biegnę, aby je z stamtąd zabrać, gdy widzę zmierzającą ku niemu opiekunkę. Kobieta nie ściąga dziecka na chodnik, stoi przy nim patrząc jak z narażeniem życia bawi się w rosyjską ruletkę z samochodami. Nie wytrzymałabym. U nas jest to nie do pomyślenia. Ale to u nas. „Więcej tolerancji” pouczam samą siebie. Już rozumiem, skąd to nasze polskie przysłowie o Sajgonie (stara nazwa miasta Ho Chi Minh).

Nocujemy w okolicy, w której znajduje się miasteczko backpackersowe. Wieczorem turyści wylęgają na ulice siadając na małych, plastikowych, wietnamskich krzesełkach i popijają drinki. Pełny relaks.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *