Dlaczego wy turyści jesteście tacy zdystansowani?

12 marzec 2014 (środa)

Jaipur (Indie)

Budzę się z lekkim bólem uda. Widzę na nim dwa siniaki, a tuż nad kolanem zadrapania. Podczas wczorajszego zwiedzania pewna krowa próbowała utorować sobie drogę zmiatając wszystko, co stało jej na przeszkodzie, tym razem mnie i Artura. On tez oberwał, ale wyszedł zupełnie bez szwanku. Ja straciłam równowagę upadając prosto pod koła nadjeżdżającego autobusu. Całe szczęście, że jechał wolno i zdążył się zatrzymać. Obolała i zawstydzona podniosłam się z ziemi z życzliwą pomocą Hindusi. Chyba przyciągam przygody tego typu.

Zwiedzamy kluczowe atrakcje Jaipuru tzw. Różowego Miasta i okolic. Ten róż to kwestia dyskusyjna, gdyż dla mnie miasto  jest bardziej pomarańczowe. Bardzo duża część miasta, a w zasadzie tutejsza starówka, to ciąg niewysokich kamieniczek otynkowanych w tym kolorze, nad dole których znajdują się lokale usługowo – handlowe. Można tu dostać wszystko: przyprawy, herbatę, inne artykuły spożywcze, odzież, biżuterię, maszyny do pisania, klamki do drzwi, rowery itd. Powierzchnia każdego z takich sklepików wydaje się nie przekraczać 10 metrów kwadratowych. Jaipur ma swój klimat.

Przechadzamy uliczkami miasta. Zaczepia nas dwóch mężczyzn, wg. Artura podchmielonych. Jeden z nich pyta „Dlaczego wy turyści jesteście tacy zdystansowani i zamiast rozmawiać z mieszkańcami tylko oglądacie budynki? My przecież tak bardzo się cieszymy, że tu jesteście.” Bardzo dobre pytanie, dlaczego?. Nie wiem, z jakiego powodu inni, ale potrafię odpowiedzieć, czemu my.  „Tacy już chyba jesteśmy” odpowiadam dodając, że „tak naprawdę to bardzo często mieszkańcy Indii, których spotykaliśmy na swojej drodze mieli w rozmowach z nami materialny interes”. „I mamy już dosyć opowiadania o tym skąd jesteśmy i jak nam na imię, tylko po to aby za chwilę odpowiedzieć,  że nie skorzystamy z usług, które po chwili proponuje nam ta osoba. I nie chcemy powtarzać tego samego dosłownie co dziesięć minut” – ale to już przemilczałam. Nigdy nie unikaliśmy rozmowy z tutejszym mieszkańcem, który ewidentnie chce po prostu się czegoś dowiedzieć. Spotkaliśmy ich już dziesiątki podczas tego wyjazdu. Problem w tym, że wystarczy taki jeden krętacz, a już człowiek ma dość.

Próbujemy tutejszych rarytasów w postaci słodyczy przypominających kształtem pokrojowe kawałki ciasta. Są miękkie  i mało słodkie. W konsystencji i smaku przypominają sernik. Rodzajów jest co najmniej kilkanaście, ale wszystkie smakują bardzo podobnie. Nie sposób jednak zjeść na raz więcej niż jeden kawałek. Za to kilogramami możemy pochłaniać ananasa, który od wyjazdu na Goa stał się  niemal obowiązkowym punktem naszego dziennego menu.

Znów ulegałam mężowi- tym razem odpuściłam Udaipur. Może to i lepiej. W końcu możemy złapać oddech.

« 1 z 2 »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *