I dalej w drogę

27 luty 2014  (czwartek)

Varanasi – Bodhgaya (Indie)

Wieczorem wsiadamy do pociągu. Kierunek Bodhgaya –  miejsce narodzenia buddyzmu (tu rosło święte drzewo figowiec pagodowy, pod którym Siddhartha Gautama dostąpił przebudzenia (bodhi), stając się Buddą (Przebudzonym). Mamy bilety w najniższej klasie. Wprawdzie nie nocujemy w pociągu, ale jedziemy sleeperem. Siedzimy sami w przedziale, który nie jest zamykany. Łóżka są zdecydowanie mniej komfortowe i wnętrze bardziej brudne niż te w pociągach wyżej klasy. I trzeba zapomnieć o kocu i pościeli dostarczanych przez obsługę.  Z każdym przystankiem dosiadają się nowi podróżnicy. Już nie jesteśmy sami na swoich miejscach. Robi się coraz tłoczniej. Nie dla wszystkich starcza miejsc. Na każdym przystanku do jeszcze jadącego pociągu wbiega jakiś sprzedawca oferując przekąski. Handel kwitnie. Podróż upływa spokojnie.

Jeszcze w Varanasi do pociągu wsiada chłopak. Wygląda na rówieśnika. Jedynie kolor skóry i włosów, a później i akcent zdradza jego pochodzenie. Z pewnością ma europejskie korzenie. Chłopak rozmawia także po hindusku. Kupuje przekąski dla hinduskich dzieci i daje jałmużnę dla żebrzących w pociągu podróżnych. Dziwnie się czuję w jego obecności…

Jednego z pasażerów Artur pyta o nasz przystanek. Zaczynamy rozmawiać. Hindus okazuje się bardzo miły i pomocny. Jest bankowcem i właśnie wraca z pracy. Podobnie jak inni Hindusi, których spotkaliśmy bardzo chętnie mówi czym się zajmuje. Wysiada na tym samym przystanku co my. Ostrzega nas przed naciągającymi kierowcami o tej porze nocy (dochodzi 23). Po wyjściu z pociągu pomaga nam  przy negocjacjach z kierowcą taxi. Pokazujemy adres, pod który chcemy dojechać. Kierowca twierdzi, że jest on mu znany. Po uzgodnieniu ceny kierujemy się do auta, które okazuje się być motorikszą. Pada deszcz. Nie mamy parasola ani niczego, co by nas chroniło przed ulewą i kałużami, jedynie kawałek blachy nad głową. Jedziemy kilkanaście kilometrów do hostelu. Po drodze kierowca namawia nas na inny hostel. Stanowczo protestujemy. Kierowca błądzi. Gdy docieramy pod naszą noclegownię żąda wyższej stawki niż ustalona i nie chce odpuścić. Wręczamy mu uzgodnioną uprzednio kwotę. Padają argumenty. Kierowca nie chce wziąć pieniędzy. Przemoknięci i oszukani, ale przynajmniej nie naciągnięci kładziemy się do łóżka ciesząc się, że dzień dobiegł końca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *