Indie witają

22 luty 2014 (sobota)

Delhi (Indie)

Koła otarły płytę lotniska tocząc samolot w stronę terminala. Dotarliśmy. Nasze stopy stawiają swoje pierwsze kroki na podłodze pokrytej kolorowym, acz już nieco wyblakłym dywanem. Spoglądamy ciekawie dookoła siebie. Niewielkie grupki turystów z jednej strony, z drugiej zaś mieszkańcy tego kraju – hindusi – sami mężczyźni, kobiet w zasadzie nie widać. I nie tylko tu na lotnisku, ale także na ulicach tłocznego i ruchliwego New Deli. Na 1 mężczyzę przypada tu 0,94 kobiety. Statystyki są  dużo bardziej wyrównane niż to, co ukazuje się naszym oczom. Los kobiety w tym kraj unie należy do najłatwiejszych, o czym głośno w mediach. Ale to materiał na inny wątek.

Bardzo szybko i komfortowo dostajemy się z lotniska do centrum miasta metrem, aby stamtąd udać się pieszo do hotelu. Środek transportu wybieramy  z uwagi na potrzebę lepszego przyjrzenia się Indiom już tera oraz  dla uniknięcia niepotrzebnej rozrzutności, skoro hostel wydaje się być bardzo blisko. Żadne przeczytane relacje czy opowieści nie przygotowały nas na to, co zobaczyliśmy zaraz po wyjściu na ulice. Pobocza dróg zagracone fragmentami materiałów budowlanych, drogi bez chodników. Puszki, papaiery i inne śmieci porozrzucane w koło. Smród moczu i innych nieznanych, ale z pewnością nieprzyjemnych woni. Wychudzone psy i kozy błąkające się drogą. Zaciekawione spojrzenia mieszkańców. Huk klaksonów wydobywający się z aut i motoriksz. Trzymamy w dłoni wydrukowany jeszcze w  domu fragment mapy próbując odnaleźć swoje położenie, ale bezskutecznie. Łapiemy pierwszą drogę i idziemy przed siebie.  Przedsiębiorczy kierowcy riksz oferują nam swoje usługi. Grzecznie odmawiany. Próbujemy się odnaleźć w nowym otoczeniu. Jeden z pieszych widząc nas nieco zbłąkanych oferuje swoją pomoc, z której ochoczo korzystamy. Po chwili z jego życzliwych ust pada ostrzeżenie „ To nie jest bezpieczna okolica. Wczoraj w tym miejscu zamordowano trzech turystów. Mówili o tym w telewizji, nie słyszeliście?Jedźcie do centrum” . Po dosłownie trzech minutach słyszymy tą samą opowieść od kierownicy motorikszy. „Chciałabym przeżyć coś w tych Indiach zanim odejdę  z tego świata” pomyślałam i wsiedliśmy do poajzdu, która za 20 rupi (1 zł) przewiózł nas do hotelu. „Trzeba zmienić okolice” stwierdził Artur i nie wracaliśmy już do tematu. Po tych informacjach  nie miałam w sobie aż tyle odwagi, aby kilka godzin później skusić się na piesze wędrówki po mieście po zmroku.

Przygotowana do snu leżę na łóżku rozmyślając o minionym dniu, kiedy zza okna do naszych uszu dobiegają rytmiczne dźwięki bębnów, trąbek i innych nie zidentyfikowanych instrumentów. Patrzę pytająco na Artura i widzę jego gotowość. Szybko nakładamy jakiekolwiek ubrania i pędem zbiegniemy z czwartego piętra po schodach, aby odnaleźć źródło muzyki. Po chwili docieramy do ulicy i naszym oczkom ukazuje się orszak weselny. Otwierają go muzycy ubrani w odświętne białe stronie, za nimi podążają goście weselni , którzy bawią się i tańczą. Tuż obok idzie grupa pięknie ubranych w sari kobiet ozdobionych dużą ilością biżuterii. Wśród nich najpiękniejsza i najbardziej radosna –  panna młoda. Orszak oplatają mężczyźni niosący lampy, które oświetlają nadjeżdżającego w białej, przystrojonej  w kwiaty karocy mężczyznę. Zapewne to Pan Młody. Otoczony dziećmi i ubrany w pieniądze spogląda na wszystkich w orszaku i zgromadzony wokół tłum. Patrzy z góry, ale przyjaźnie.

„Dziwne” – myślę – „ona idzie, on jedzie”. Poczułam mały niesmak. „Tak powinno być u nas” komentuje z przekąsem Artur, dając do zrozumienia, jaka jest pozycja poszczególnych małżonków w rodzinie. „Na szczęście nie jest” opowiadam widząc jak orszak powoli odchodzi a razem z nim wszelkie odgłosy ulicy. Delhi zasypia…

« 1 z 2 »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *