„Przerywany” autobus

4 luty 2013 (niedziela)

W drodze do Siem Reap (Kambodża)

Ho Chi Minh to chwilowo baza wypadowa do Kambodży, dlatego zaraz przy odebraniu kluczy do pokoju w hostelu proszę recepcjonistę o pomoc w zakupie biletów na wypad do Phnom Penn dnia następnego z opcją docelową do Siem Reap jeszcze kolejnego dnia. „To niemożliwe” słyszę z ust Wietnamczyka: „W Kambodży zmarł król i w związku z uroczystościami pogrzebowymi autobusy nie kursują jak zwykle. Możecie albo jechać od razu do Siem Reap, albo najpierw do Phnom Penn, ale trzeba będzie poczekać jakieś dwa, trzy dni, aby dojechać do docelowej destynacji”. „Mówi prawdę, czy wietrzy interes?” – stałam się strasznie podejrzliwa po wyjeździe do Chin, ale z drugiej strony po co miałby kłamać…? Zdążyliśmy przyjechać i od razu problemy. No ale, kto powiedział, że będzie łatwo:) . Kupujemy bilety prosto do Siem Reap na kolejny dzień.

W dniu wyjazdu pracownik firmy przewozowej odbiera nas z hostelu i prowadzi do autobusu. Stoi ich tutaj kilkadziesiąt. Każdy należy do innego biura podróży, których pełno jest w okolicy. Ruch turystyczny jest tu świetnie zorganizowany. Można kupić wycieczkę niemal do każdego miejsca i nie martwić się o to jak dojechać i co zobaczyć . Komunikacja w języku angielskim nie jest żadnym kłopotem. Wsiadamy do środka autobusu. Dookoła niemal same „turystyczne twarze”. Maszyna rusza z miejsca. Przed nami kilka godzin podróży.

Droga po stronie Kambodży przebiega przez rzekę, którą przekraczamy na barce. Stawiamy stopy na drewnianej podłodze łódki, na której panuje handel obwoźny. Tutejsze mieszkanki na talerzach oferują rarytas w postaci szarańczy. Jakkolwiek kuszona nowością, nie mam w sobie tyle odwagi, by spróbować.

Na dworcu autobusowym w Phnom Pen zatrzymuje się nasz autobus, a kierowca każe nam wysiąść ze wszystkimi bagażami. Każdemu wręcza jakiś świstek papieru w khmerskim języku, którego nie sposób zrozumieć. Mówi coś o „Next bus” i macha w kierunku kasy, ale absolutnie nie wzbudza zaufania. Nie było wcześniej mowy o żadnej przesiadce, a cena miała obejmować bilet do samego Siem Reap! Zapanował niepokój. Autobus odjeżdża. Zdenerwowani razem z grupką turystów podchodzimy do kasy, pokazując otrzymany od kierowcy kawałek papieru, który w  kasie zostaje wymieniony na inny. Nie przypomina biletu. Pani kasjerka nie zna angielskiego, my khmerskiego. Dezorientacja. „Chyba mamy czekać” – mówię. Siadamy więc na plecakach i uzbrajamy się w cierpliwość. Mijają jakieś 2 godziny, kiedy przyjeżdża po nas autobus. Wsiadamy do środka.

Do Siem Reap dojeżdżamy po północy. Noc jest upalna. Nie mamy żadnego noclegu, gdyż nasza rezerwacja obejmuje dopiero kolejne dni pobytu. Kierowca rikszy proponuje wsparcie w znalezieniu noclegu na pierwszą noc, gdyż nasz docelowy hostel jest pełny. Ochoczo korzystamy. Kierowca podwozi nas do kolejnych, znanych sobie hosteli, których właściciele nie pozostawiają nadziei. Miejsc brak. Dopiero przy trzecim postoju udaje się znaleźć wolną miejscówkę na jedną noc. Na pożegnanie kierowca daje nam swoją wizytówkę na nadziei, że skorzystamy z jego usług zwierzając okolice.

W pokoju nie ma klimatyzacji. Gdy wybieram się na dół, do recepcji po szklankę wody z ust pracujących tu młodych chłopaków słyszę niejednoznaczne, seksualne komentarze, których nie chcę cytować. Jestem zaskoczona. Czuję się odarta z godności. „Jak to dobrze, że to tylko jedna noc” myślę i z pewną ulgą wracam na górę do pokoju obiecując sobie i Arturowi, że na dół zejdę tylko po to, by opuścić to miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *